„Mamy psychodeliczne Dollz’owe psychomózgi”. Rozmowa z Pauliną Kut z zespołu Dollz [WYWIAD]

Obok tej grupy nie sposób przejść obojętnie… Ich muzyka wywołuje dreszcze, pobudza zmysły i zachęca do refleksji na temat życia, miłości i własnych lęków. Wpisując na YouTube „Dollz” miejcie się na baczności – to zdecydowanie pozamainstreamowa twórczość, ale jak najbardziej dająca się polubić. Skąd pochodzą, co czują i o czym właściwie są ich piosenki? O tym wszystkim rozmawiałem z wokalistką Dollz, Pauliną Kut. 

Słuchając Waszej ostatniej płyty „Sz…Sz…Sz…”  zadałem sobie pytanie – skąd oni się w ogóle wzięli? Zdecydowanie nie pasujecie do standardów polskiego rynku muzycznego… No właśnie, gdybyście mogli wybrać jedno miejsce na ziemi lub w kosmosie, skąd chcielibyście pochodzić?

Nie wiem skąd powinniśmy pochodzić. Myślę, że z “czuciolandii”. Nie chcemy się wpisywać ani przynależeć do konkretnego gatunku muzycznego, muzyka i emocje są niewymierne i nie ma sensu wybierać dla nich lokalizacji. Nie oczekujemy od sluchacza posiadania GPS, wolimy żeby szedł sobie w dowolną stronę sluchając muzyki.

Większość recenzentów określa Waszą muzykę jako psychodeliczną z głębokim przekazem, dodam od siebie, że niekiedy graniczącą między jawą a snem. Sami określacie siebie jako zespół grający psychodelic rock’n’roll. Rockowa psychodela od dawna grała w Waszym sercu, czy może potrzebowaliście czasu, aby się określić?

Po prostu tak wychodzi, widocznie na ten czas czujemy tak, ale nie wiemy co będzie za jakiś czas, człowiek cały czas się zmienia, wydarzenia go zmieniają, trudno powiedzieć co będzie za jakiś czas. Po prostu chyba mamy “psychodeliczne Dollz’owe psychomózgi” i to jak patrzymy na świat oddaje nasza muzyka. W każdym razie najbardziej psychodelicznym numerem na płycie jest bezsprzecznie “Kotki Dwa”. To utwór o strachu i wolności.

Nie ukrywam, że piosenki Dollz wywarły na mnie niemałe wrażenie. Teksty Waszych piosenek zapamiętuje się na długo, są głębokie i co najważniejsze, zawierają w sobie ponadczasową treść. Jak wygląda u Was proces poszukiwania inspiracji do tekstów? Obserwujecie wszystko dookoła i szukacie historii, czy wręcz przeciwnie, odcinacie się od zewnętrznego świata i kontemplujecie w ciszy?

Teksty pisane są pod wpływem znowu emocji. Inspiracją mogą być różne rzeczy. Każdy nosi w sobie historie, pisze własne historie na temat tych samych wydarzeń. Ja piszę pod wpływem impulsu, dodaje historie, które mam w głowie (nazywane emocjami). Na przykład tekst „Księżniczki” wydaje się być bajką, ale to tylko pozory, bo to moja prywatna podróż w poszukiwaniu prawdy snów.

Album „Sz…Sz…Sz…”  w pewien sposób odczarowuje naszą rzeczywistość, pokazuje jej prawdziwą naturę, odsłania maski, które na co dzień zakładamy. W muzyce należy Waszym zdaniem walczyć z nieprawdą jaką ukazuje nam rzeczywistość, czy może zaakceptować jej naturę i docenić jej charakter? 

Nie należy walczyć z rzeczywistością, ja staram się pokazywać moją. Nie ma chyba jednej prawdy, ja pokazuje moją i moje przemyślenia na temat tego co się dzieje wewnątrz i na zewnątrz, dla mnie to jest prawda. Walka z rzeczywistością oznaczałaby walkę również z sobą i z własną twórczością. Jest już zbyt dużo artystów, którzy sami siebie pokonali i robią coś czego nie lubią. My staramy się być w zgodzie z sobą.

Utwór „Lawju Bejbe” z tejże płyty wyśmiewa między innymi współczesne piosenki o miłości. Jeśli nie ma już dobrych piosenek o miłości, to znaczy, że temat się wyczerpał?

Nie wyczerpał. Piosenki o miłości są, dalej sie piszą. My mamy dużo piosenek o milości, tylko nie jest to takie oczywiste. W “Lawju Bejbe” chcieliśmy poruszyć temat wycierania wszystkiego milością i trywializowania jej tematu. Teledysk zresztą chyba to dobrze obrazuje. Zapraszamy wszystkich fanów piosenek o miłości do jego oglądania (śmiech).

Na pytanie, czego Wy oczekujecie od artysty w jednym z wywiadów odpowiadacie: „Musi być śpiewana przez kogoś kto niekoniecznie potrafi śpiewać, niekoniecznie ładnie wygląda i najlepiej, jak na dokładkę jest nieprzewidywalny. Nie lubimy artystów doskonałych, niechętnie słuchamy wybitnych śpiewaków.”. Kogo konkretnie nie lubicie jeśli chodzi o artystów i kto w takim razie zaskarbił dotychczas Waszą sympatię i dlaczego?

Maciek lubi Alice in Chains, a także punkowe klimaty, ja Courtney Love, Bjork, Cocteu Twins czy na przykład Ewę Demarczyk. No dużo tego. Nie lubimy znacznie więcej (śmiech), ale nie będziemy wymieniać po nazwiskach, bo to nieładne.

Paulina, Twój głos jest co najmniej osobliwy, ma swój niepowtarzalny urok. Jak do tej pory ćwiczyłaś swój warsztat wokalny i która z opinii, na temat Twojego głosu nieustannie Ci towarzyszy?

W swoim życiu spotkałam osobę, która nauczyła mnie ten głos okiełznać. Chodziłam do niej na lekcje na tyle dużo, aby się tego nauczyć, ale również na tyle mało, żeby siebie nie zapomnieć. Janusz Piątek – dziękuję za cierpliwość.

Ciągle towarzyszącą mi reakcją na temat mojego głosu jest to, że śpiewam szeleszcząco i trudno zrozumieć słowa. Nie mam zamiaru z tym jednak wygrywać (śmiech).

Jakie są dalsze plany muzyczne Dollz i nad czym obecnie pracujecie?

Robimy kolejną płytę, o zupełnie nowym brzmieniu, której podstawą będzie gitara akustyczna. Niedlugo też opublikujemy nowy singiel o kraju, do którego szukamy drogi – “Nibyland”. Do Nibylandu nakręciliśmy klip, który już niebawem zobaczycie. Warto wspomnieć, że muzykę oddaliśmy w ręce pewnego szwedzkiego producenta, który stworzył z niego bardzo zaskakujący remix. Bądźcie czujni!

Dziękuję za rozmowę.