Polacy są niewolnikami jednego stylu muzycznego? Sami jesteśmy sobie winni

Z jednej strony słyszy się „ona nie umie śpiewać” z drugiej „niech każdy słucha czego chce”. Oba te „głosy” zmierzają moim zdaniem w złym kierunku, bo najczęściej podyktowane są… naszym lenistwem.

O ile mamy swobodę poruszania się po gatunkach muzycznych, o tyle trzymanie się tego jednego może być po prostu niebezpieczne. Praktycznie zawsze kierujemy się zasadą – jeśli coś jest nam znane, musi być dobre. Wybieramy więc to, co jest dla nas łatwiejsze w odbiorze. Naszym nastawieniem do muzycznego świata kierują się media, które codziennie bombardują nas melodiami szybkimi i smacznymi jak burger z frytkami, ale czy aby na pewno jest to właściwy kierunek?

Przeprowadzając rozmowy z zaprzyjaźnionym środowiskiem muzycznym niejednokrotnie słyszałem zdanie, że edukacja muzyczna w Polsce „leży”. I trudno się z tym nie zgodzić. Pamiętam swoje lekcje z muzyki w podstawówce – przypominały trochę programy typu „Mam talent”. Gra na flecie i śpiewanie pieśni patriotycznych, z różnym skutkiem, to była swego rodzaju podstawa programowa. O ile nie mam nic do pieśni o bohaterskich żołnierzach czy fletu, to muszę przyznać, że lekcje te nie były jakoś specjalnie bogate w teorię. Nie rozwinął się również mój gust muzyczny, wciąż musiałem posiłkować się tym, co usłyszałem z radioodbiornika. Przez cały okres szkolny samodzielnie odkrywałem poszczególne gatunki muzyczne. Odkrywałem muzykę po omacku, bez wyznaczonego kierunku z góry. Z jednej strony czułem swobodę w odkrywaniu, z drugiej miałem wrażenie, że wszystko już słyszałem, wszystko zostało już opowiedziane. Pewnego dnia pokonałem w sobie lenia, wgłębiłem się w temat i przekonałem się, że żyłem z opaską na oczach. Żeby jednak odkryć inne gatunki muzyczne, musiałem wykonać pierwszy krok, wyrwać się z łap mainstreamu, wyzbyć się własnych przyzwyczajeń, a to, przyznaję, nie jest takie proste.

Zachodni rynek muzyczny codziennie udowadnia nam, że prosta melodia i nieskomplikowany tekst wciąż może być atrakcyjny. Wszystko opiera się na szablonach, a nam się wydaje, że każda piosenka jest unikalna. Przez dłuższy czas sam nabierałem się na „unikatowość” poszczególnych kawałków. Uznawałem, że wszystko co pochodzi z USA musi być dobre. Dopiero kiedy zacząłem zagłębiać się w tekst i melodię, przekonałem się, że właściwie utwór ma niewiele do zaoferowania. Nie każdy jednak analizuje to, czego słucha, a raczej liczy na wrażenia. I właśnie dlatego tak często wybieramy piosenki z „Lalalala” i „I love you baby” – te zwroty budzą w nas konkretne emocje, które doskonale znamy. Tym samym nie poszukujemy nowych wrażeń i żyjemy w przekonaniu, że w muzyce już dawno wszystko zostało odkryte. A skoro już wszystko wiemy, to z łatwością przychodzi nam ocenianie muzyki, nawet jeśli nasze doświadczenie kończy się na trzech zespołach. W ten sposób tworzy się błędne koło a nasz gust muzyczny nie rozwija się, przechodzi w stan stagnacji.

Zamiast więc słuchać naszej ulubionej stacji radiowej bądź repertuaru jednego zespołu, możemy sięgnąć po zupełnie nieznany nam album – wystarczy zapoznać się z bogatą ofertą serwisów streamingowych. Jeśli jakaś płyta nam się nie spodoba, trudno, ale przynajmniej wyrobimy własne zdanie bez dorabiania ideologii podpartej stereotypami wyssanymi z palca. I nie dziwmy się, że słyszymy w radiu kiepskie utwory i kiepskich wykonawców – to my, słuchacze wyznaczamy trendy, my wpływamy na własną edukację muzyczną. Jak powiedział w jednym z wywiadów holnderski DJ Armin van Buuren, „nigdy nie bądź niewolnikiem swojego stylu muzycznego”. Może więc warto w końcu wziąć sprawę w swoje ręce?